Od ziarenka do światełka

Robert i jego tykwy - wkrótce lampy (fot. PL)

Robert Żelazny zyskuje popularność za sprawą swoich nietypowych lamp. Lamp, które najpierw trzeba… wyhodować.


Przyznaje, że nie potrafi usiedzieć w miejscu. Na co dzień jest opiekunem w Domu Pomocy Społecznej w Ostrowie Lubelskim, a każdą wolną chwilę poświęca swoim różnorakim pasjom. Ostatnio – prawie wyłącznie tykwom, z których wyczarowuje przepiękne lampy.

Dojrzewające tykwy (fot. Robert Żelazny)

Dojrzewające tykwy (fot. Robert Żelazny)

Skąd pomysł na tykwy?

Nie było pomysłu. Raz je zobaczyłem, nawet przez chwilę mnie zafascynowały, ale to szybko minęło. Zapomniałem. A potem teściowa przyniosła mi sadzonkę. I jak wyhodowałem jedną i jak wypielęgnowałem ją od małej sadzonki, to mnie “wzięło”. Wtedy się zakochałem na poważnie. W tykwach.

A kaktusy? Przecież najpierw miałeś „harem” pełen kaktusów.

A, przeszło mi. Kaktusy mnie zniewalały, bo zabierały zdecydowanie za dużo czasu. Trzeba było pamiętać, żeby je sprzątnąć jak się robi zimno. Przenosić, przesadzać. A tykwa daje jednak więcej wolności. Tykwa jest jak kot, nawet jak cię nie ma w domu, to też da sobie radę.

W takim razie co w nich takiego wyjątkowego?

Może to, że ciężko je wyhodować. Potrzebują dużo słońca, wody i cierpliwości. Z tego powodu na przykład w tym roku było słabo. Tylko 20 sztuk. Jeśli miałbym patrzyć na to jak handlarz, to słabo, za mało ich. Ale nie o to chodzi.

Zacząłeś hodować tykwy dla samego hodowania czy od razu komercyjnie, na sprzedaż?

Dla samego hodowania. Jak wyhodowałem pierwsze, to się im przyglądałem i myślałem, co dalej z nimi zrobić. I wymyśliłem, że spróbuję zrobić taki peruwiański instrument „birimbau”. Prosta konstrukcja – na tykwę naciągnięty drut. Jednak nie udało mi się zrealizować tego pomysłu, bo podczas jednego ze spacerów po lubelskim Krakowskim Przedmieściu zobaczyłem w jednej z restauracji lampy zrobione z tykw przywiezione czy sprowadzone z ciepłych krajów. I wtedy mnie olśniło, że ja sam sobie zrobię taką lampkę do domu, żeby mieć takie fajne światło. I tak sobie zacząłem dłubać i… wyszły mi zupełnie inne. Jak stwierdził znajomy, zdecydowanie ładniejsze i oryginalne. I tak się zaczęło. Ktoś zobaczył, pochwalił, powiedział znajomemu, temu się spodobało chciał kupić. Jak kupił jedną to chciał drugą, a potem kolejny znajomy zobaczył i też chciał. I tak się zaczęło. Sam nigdy nie myślałem, że ktoś zechcieć kupić ode mnie takie lampy.

Pomysł na wzór ewoluuje w miarę postępu prac (fot. PL)

Pomysł na wzór ewoluuje w miarę postępu prac (fot. PL)

Ile czasu zajmuje Ci „produkcja” lampy, od jej wysiania do oddania?

Rok.

Rok?

Tak, rok. Tykwy wysiewa się wiosną, rosną do października. To bardzo ciepłolubne rośliny, potrzebują dużo słońca. Potem taka tykwa musi się wysuszyć, utwardzić – znów mija około czterech miesięcy. Tykwy mają w sobie dużo wody i wysuszenie ich tak, aby nadawały się do produkcji lampek lub instrumentów, zajmuje sporo czasu i wymaga umiejętności i cierpliwości. Świeżo zerwana potrafi ważyć nawet osiem kilogramów. Wyschnięta – jest leciutka.

A skąd pomysły na wzory? 

Różnie. Czasami tak sobie chodzę po podwórzu i dumam. Wpadnę na jakiś pomysł biorę ołówek i coś rysuję, botem znowu pochodzę, coś innego mi wpadnie do głowy, to biorę szmatkę i wycieram. Zaczynam rysować od nowa. Zastanawiam się jak to będzie świecić. Jak już zacznę wiercić, to choć pomysł jest, to cały czas się rozwija, zmienia wraz z postępem prac. Jest na to czas, wiercenie to żmudna robota. Kiedyś nawet kolega matematyk próbował policzyć wszystkie wywiercone dziurki, ale poddał się. Tylko oszacował, że może być ich około 2 tys. w każdej lampie.

Masz jeszcze pierwszą lampę?

Pierwszą kupiła ode mnie koleżanka. I to mi dało kopa. Pokazałem w internecie swoje dzieło, ona się zachwyciła podała to dalej i za chwilę posypwały się pytania od znajomych, przyjaciół, i tak dalej…  I tak to funkcjonuje do tej pory.

(Prawie) gotowa lampa (fot. PL)

(Prawie) gotowa lampa (fot. PL)

Uciekłeś na kilka lat do miasta. Nie kusiło Cię, żeby tam zostać?

Tylko czasem, w chwilach słabości w zimie, gdy zawiało drogę, mróz ścisnął, a opału nie było za dużo, to może czasami „chlapnąłem” do żony: może przeniesiemy się do Warszawy? Ale mam za dużo pasji, żeby dać się ograniczyć miastu. Ja potrzebuję swobody, którą może dać mi tylko wieś. Nie mogę żyć w ustalonych ramach, w ograniczonej przestrzeni, w ściśle wyznaczonych miejscach: tu przejście dla pieszych, tu parking, tu postaw rower. Poza tym, potrzebuję przebywać wśród własnych roślin. Cały czas coś robię sadzę, pielęgnuję, doglądam. To nie tylko tykwy. Sadzę sosny, na przykład. Wymyśliłem, że zrobię z nich drzewka bonsai. Mam też takie zwykłe rośliny – marchewkę, kapustę, dynię, jak to na wsi, nawet kartofle. Uwielbiam grzebać w ziemi.

I tym przekonałeś żonę, warszawiankę, żeby przeprowadziła się na wieś?

W sumie, jak tak się teraz zastanawiam, to wychodzi na to, że nigdy nie narzekała, że wyprowadziła się w taką dziurę. Dobrze się tu czuje, nigdy nie było z tego powodu konfliktów. Szybko wsiąkła w ten klimat.  Chyba to jest po prostu nasze miejsce na ziemi.


https://www.facebook.com/nzozanamed/


Comments are closed.